
Jest czwartek, dzień przed zakończeniem roku szkolnego. Ogarnia mnie niesamowita radość, czuję się jakbym mógł zwojować cały świat. Jestem szczęśliwy, jutro dostanę do ręki świadectwo i będę mógł prawie pożegnać się z tą szkołą. O maturze staram się jeszcze nie myśleć. Wiem, że jutro i w pojutrze czekają mnie dwa dni ostrego melanżowania. Na razie to mój jedyny cel.
Przychodzi piątek. Szybkie rozdanie świadectw i rozchodzimy się do domu. Tę część każdy chciał mieć już za sobą. Przecież to tylko zwykła formalność. Prawdziwa zabawa zacznie się wieczorem, kiedy z klasą planujemy robić ogródkową imprezę. Ten dzień jak i następny był naprawdę pokręcony, jednak moje wariactwa s tych dniach nie są tutaj ważne. Warto jedynie dodać, że imprezowanie z klasą było lekkim nie wypałem. Chyba wszyscy w jakimś większym lub mniejszym stopniu mieli już każdego po dziurki w nosie. Po tych trzech latach nauki, jednak trzeba chwilę od siebie odpocząć.
Niedziela. Wstaję z okropnym bólem głowy i uczuciem suchości w gardle. Czuć, że sobotnia biba już w innym towarzystwie była naprawdę udana. Robię jajecznicę i piję dużo, dużo wody nie gazowanej, podobno to najlepiej pomaga na taki stan rzeczy. Dodatkowo rodzice zaczynają swoją standardową gadkę, że już mógłbym przestać imprezować, a wziąłbym się za naukę.
Z łatwością łapię „moralniaka”, gdzieś w podświadomości odkrywam ten lęk i jak zwykle sobie obiecuję, że jutro zaczynam ostre przygotowania. Plany są wielkie, przecież to decydujący tydzień w moim życiu, właściwie jeszcze nie ten, a następny, ale o tym przekonam się w najbliższym czasie. Jakoś wytrwałem ten pieprzony dzień, jakim była niedziela.
Wielki Tydzień „Przygotowań”
Czuję się wypoczęty, wręcz jestem idealnie nastawiony do tego, żeby się uczyć. Trzeba przecież przygotować jeszcze prezentację maturalną z której mam jedynie ogólny zarys, bibliografię i jakiś tam prowizoryczny plan.
Ale zaraz, zaraz co się dzieję? Okazuje się, że ten dzień przeminął jak z wiatrem. Zresztą jak i następny. Zaczynam myśleć o rzeczach, o których wiem, że nie powinienem, na to przecież będzie czas po maturze. Myślę i czytam niczym maniak jakim byłem rok temu zaczynając tworzyć tego bloga. Jak to jest, że akurat teraz? Nie będę się rozwodził nad tym co mnie tak ujmowało przez te dwa dni do teraz (nawet więcej, ale teraz się to bardziej nasiliło), wiedzcie jedno, że nie jest tym egzamin dojrzałości.
Wiem, że nie powinienem. Taką myśl powtarzam z uporem. W podświadomości ciąży ten lęk przedmaturalny. Powinienem robić coś w tym kierunku, aby się uczyć. Nie mogę robić nic jak tylko uczyć się do matury, zaś uczyć się nie potrafię. Kiedy zaczynam robić coś nie związanego z egzaminem zaczynam czuć wyrzuty sumienia. Gryzie mnie coś w środku, że jednak robię coś co jest mniej ważne od tego, od czego zależy moje przyszłe życie. Takie dziwne myślenie ogarnia mnie przez te dwa dni. Krążę w błędnym kole. Czuję się przez to poddenerwowany i wręcz jestem utrapieniem dla członków rodziny. Ukojenie przynosi jedynie świeże powietrze, jednak i tam myślę o tej cholernej maturze.
Myślałem, że nie będę panikował. Mnie to przecież nie dotyczy, a jednak teraz wiem, że jest inaczej. Przecież zdam maturę. Podobno każdy zdaje, ale zaraz, zaraz, jak mam to zrobić nie mając jeszcze napisanej prezentacji maturalnej nie mówiąc już o jej przedstawieniu. Dodatkowo muszę powtórzyć sobie wszystkie streszczenia lektur i epoki z języka polskiego, a jakby tego było mało wypadałoby jeszcze przeczytać ten nie zwykle popularny poradnik 'jak napisać wypracowanie maturalne'. To jeszcze nie wszystko. Trzeba poćwiczyć na język angielski listening & reading, oraz powtórzyć najważniejsze wyrażenia z 'wrajtingu'. Z matematyki też coś sobie obiecałem, chciałem przecież porobić jeszcze zadania z Kiełbasy. O ustnym j.angielskim wolę na razie nie myśleć, bo w tym kierunku nie zrobiłem zupełnie niczego.
Jak patrzę na ostatni akapit, który teraz napisałem wręcz rzygać mi się chce. Przecież tego za dużo jest, nawet nie potrafię wybrać tego co jest w tym momencie najważniejsze. Nie wiem, czy przed maturą każdy z siebie robi taką ciotę? (przepraszam za wyrażenie)
Jeżeli nie dostanę porządnego kopa nie zacznę się uczyć. Jeśli się wewnętrznie nie zmobilizuję pójdę na maturę mniej przygotowany, a szanse na dostanie się na dzienne studia jeszcze bardziej zmaleją. Właściwie to głupie, że od tych 5 dni, które są rozłożone na cały maj zależy aż tyle. Od tego zależy moja przyszłość, czyż nie tak?
Jutro, ekhm znaczy dziś (jest godzina 05:14) zrobię nareszcie coś w kierunku pieprzonej matury.

Nie przejmuj się tą maturą - naprawdę trzeba być kompletnym głąbem, żeby jej nie zdać. Może nie powinienem tego mówić, ale historii zacząłem się uczyć dzień przed maturą. Zdałem? Zdałem. Oczywiście nie polecam Ci takiego sposobu... zacznij ze 3-4 dni przed
Zresztą teraz na studiach taka 'matura' jest co pół roku i nazywa się Sesja! .
No dobra, żeby nie mieć wyrzutów sumienia, że sprowadzam na złą drogę: Do książek, już!
Skąd ja to znam?!
Czytając ten tekst miałem momentami wrażenie, że napisałeś o mnie... ;p
Było to wprawdzie już 9 lat temu (!), kiedy matura wyglądała nieco inaczej, ale czułem się wtedy niemal identycznie, mając podobne "dylematy moralne"
Z jednej strony to dziwne poczucie bezpieczeństwa (przecież jeszcze tyyyleee czasu, by zacząć się uczyć) a z drugiej podświadome liczenie straconych dni (tj. tych, podczas których nawet nie otworzyłem książki).
Zgadzam się z Marcinem W i Ewą, że - jeśli pójdziesz na studia - czekać Cie będzie jeszcze kilka kolejnych "matur".
POWODZENIA!!!
I czym tu się tak przejmować.
Jeśli wybierasz się na studia techniczne (polecam!) to wyluzuj. Wystarczy tylko zdać maturę, wynik nie jest istotny i tak Cię przyjmą. Dopiero wtedy się zacznie nauka
Pozdrawiam!
Ja proponuje się zrelaksować i nie przejmować za bardzo. Oczywiście trzeba zrobić to co jest wymagane (prezentacja), ale jeśli materiału nie powtarzałeś systematycznie, to teraz niewiele możesz zrobić. Usilne próby nauki nie pomogą zbyt dużo.
Moje przygotowania w ostatnich dniach przed maturą (rok temu) wyglądały następująca:
-przed pisemnym polskim, przejrzenie co się w której lekturze działo;
-do języka obcego przygotowań brak
-matematyka i fizyka: przejrzenie już rozwiązanych wcześniej zadań
-prezentację na polski skończyłem na 2 dni przed terminem, do tego kilka prób jak to ma mniej więcej wyglądać i ustosunkowanie się do możliwych pytań.
-zajęcia odciągające od nauki (więcej ruchu niż komputera).
Z takim podejściem i przygotowaniami prowadzonymi przez pół roku, jastem zadowolony z uzyskanych wyników.
Dziwne, że po 3 latach mieliście siebie po dziurki w nosie, u mnie po 4 latach to ciężko było się nam rozstać i już planujemy imprezki daleko w przód
Oj bracie, uwierz mi chciałbym się tak przejmować jak Ty tą maturą
Prezentacja z polskiego prawie nie ruszona, na pisemną nawet nie mam zamiaru się uczyć, język obcy może coś tam sobie przypomnę, ale znając siebie to i tak pójdę na żywca, informatyka jest dopiero 21 także jeszcze mam czas, a egzamin zawodowy dopiero w czerwcu także loozik
Wrzuć na luz dobrze Ci radzę, najważniejszy jest spokój wewnętrzny i optymizm, jak będziesz rozluźniony na egzaminie to nie ma bata, zdasz na bank ;P Jak nie zdasz to stawiam Ci browara
heh
Życzę powodzenia i będzie dobrze
Pozdro
"czy przed maturą każdy z siebie robi taką ciotę?"
To akurat całkiem normalne chyba, sam jakoś staram się zmobilizować do powtórzenia czegokolwiek (a najbardziej to do napisania prezentacji na ustną...) i za cholerę nie mogę. A to komputer a to snooker (akurat Mistrzostwa eh...) i tak to się kręci.
A pamiętam jak przed feriami obiecywałem sobie zacząć się uczyć...
powodzenia 
Znam to uczucie, kiedy czegoś się naprawdę nie chce, a zarazem ma się te wyrzuty sumienia - to cholernie dobija i człowiek ani nie wypocznie, ani się niczego nie nauczy. Dlatego najlepiej jest sobie coś wewnętrznie powtarzać, coś co się może pozytywnie kojarzyć i zachęcać nas do tej nauki.
Dasz chłopie radę napisać maturę (taa, sam pewnie będę się tyrał, gdy mnie to będzie czekać ;P).
No brawa za Kiełbasę, do majcy nic tak nie przygotuje jak Kiełbasa, ale i tak nie można zapomnieć o głowie na niej. Bo u mnie trzeba kilka zadań gdzie najpierw trzeba było coś wymyśle by potem to rozwiązać.
Polski: Ja kłopotu z prezentacją nie miałem gdyż nasz polonistka od początku IV klasy już dość mocno trzymała na jej temat i trzeba było meldować o postępie prac. Tak więc prezentację miałem już zrobioną pod koniec marca i tylko jak coś do drobne korekty się robiło. Do nauki ja sobie ją na CD (przez syntezator Ivona) nagrałem i z słuchawkami na noc puszczałem. A i tak zgubiłem jeden punkt w prezentacji. Ale dostałem 16/20.
Na angielski się w ogóle nie uczyłem, co się nauczyłem to się więcej nie nauczę. A jak miałem ustny o 8 rano jako pierwszy to o 5:00 skończyłem oglądać ostatni odcinek StarGate Atlantis s3
Moja matura dopiero za rok i planuję prezentację napisać dość wcześnie. Mam nadzieję, że się uda, choć już dziś obawiam się, że w maju zostanę z ręką w nocniku.
A ja się tam nie przejmuję. Matura za 3 lata, napisałem sprawdzian na koniec trzeciej klasy, cieszę się... ;]
Eee tam, jo sie w ogóle nie przejmuja maturą. Przejmowałach sie we wrześniu, teraz to olewom. Nawet mój tata stwierdził, ze w sumie teraz i tak nie ma sie czego uczyć, jedynie trza przygotować prezentacja, a to tyż już po woli mom gdzieś. Tobie też radza nie przejmować się tym tak. W gruncie rzeczy to ta matura to w cale nic tak bardzo istotnego. Jak sie chce coś bardzo osiągnąć to i tak sie to osiągnie.
Dołącz do akcji OLEWAMY MAJ
P.S. Przypadkowo dodałach tego komentarza nie do tego postu, możesz go usunąć 
Matura to bzdura- ale niestety człowiek uświadamia sobie to dopiero po pierwszej sesji. Rozumiem Twój niepokój, jednak kluczem do wszystkiego(nie tylko matury) jest... opanowanie.
Także lekka olewka i do przodu!





Spotkasz mnie na:








