Pewnie już słyszałeś o filmie "2012". Jeśli wybierasz się do kina, moje słowa mogą okazać się bardzo cenne. Jeśli już byłeś z pewnością zaciekawi Cię mój punkt widzenia, który niech zgadnę…
PRZED FILMEM
Aby pójść do kina na "2012", musiało mnie coś nakręcić. Te wszystkie reklamy okazały się nie potrzebne. Nigdy nie działają na mnie w taki sposób, jaki powinny. Wystarczył krótki trailer, który skutecznie zastąpił wszelkie plakaty i slogany reklamowe.
W kilka minut przedstawiono te najlepsze, najbardziej efektowne sceny. Przy niektórych przechodziły nawet ciarki. Wydawać by się mogło, że została w nim zawarta esencja tego filmu…
PO FILMIE
Na początek wita nas, krótkie przedstawienie faktów, na których ma opierać się cała opowieść o końcu świata.
- Tylko krótko prosimy! - Rzekł lud.
Tak też się stało. Przedstawienie faktów, badań ograniczyło się do absolutnego minimum. Trzeba było zapamiętać tylko tyle, że istnieją jakieś neutriny, które coś tam robią niezwykłego. To wszystko? Tak! Przecież to nie film dokumentalny…
Nie wolno się zatrzymywać na rzeczach nudnych, trzeba lecieć dalej. Trzeba pokazać schemat za schematem, bez żadnych innowacji reżyserskich, bo po co krytycy filmowi mają się czepiać?
Zaczynamy wielkie, przesłodzone widowisko!
Słodko
Pojawia się pewien pisarz, który ma cholerne szczęście i nadludzkie umiejętności kierowania samochodem. Przykładami mogę sypać, jak z rękawa. Już na samym początku kieruje on limuzyną, którą śpieszy sie do domu. Pęka ziemia? Co z tego, on się tym nawet nie przejmuje. Jedzie, jak najszybciej omijając wszystkie przeszkody. Później, jest gorzej, niż w filmie sensacyjnym. Olbrzymi wulkan wybucha, pluje ognistymi kulami, które nie potrafią trafić w jego samochód. W końcu jedna z nich trafia! Szkoda, że tylko w tylną część samochodu... Już nie chce mi się wspominać o tym, że był w raz z dziećmi trochę za blisko wulkanu, aby wyjść cało z opresji. Komiczne są sceny, kiedy walą się budynki, powstają ogromne szczeliny, a on niczym heros, przeskakuje swoim samochodem przez nie wszystkie, przejeżdża pod budynkiem, czy też sam na własnych nogach wskakuje do rozpędzającego się samolotu.
To naprawdę słodkie! Przecież nie chcemy, aby główny bohater zginął…