Przebudzam się ze snu letniego. Już, już powoli nowe myśli, doświadczenia chcą wyjść na światło dzienne. Zupełnie, jak z sokiem w dojrzewających owocach. Lekko przyciśniesz, a ten już wypływa. Smaczny, słodko-kwaśny i orzeźwiający.

Wakacje, których przynajmniej w teorii mieć nie powinienem, powoli się kończą. Nie mam ustalonego terminu, kiedy ma to nastąpić, ale wiem, że czas wziąć się za rzeczy, od których zależy moja przyszłość (kampania wrześniowa).
Blog, a co to w ogóle?
Powiem tyle: udało się! Czas spędzony poza domem, w górach, czas odpoczynku od Internetu był idealnym antidotum na moje drobne dolegliwości. Byłem w miejscu niedostępnym dla każdego. Gdzieś, gdzie bliskość Boga dostrzegało się na każdym kroku. Dodatkowo osoby, którymi się otaczałem, były (są!) osobami niezwykłymi, każda na swój własny, indywidualny sposób. To wszystko wystarczyło, żebym przyjechał nieco odmieniony. Mogę powoli wracać… ;)

Ech...takie zycie





Spotkasz mnie na:









